Ogłoszenie

#1 2012-01-05 19:43:54

Opis otoczenia

Administrator

Zarejestrowany: 2011-12-22
Posty: 343

Osada koczowników


     W tym miejscu egzystuje resztka z dumnego ludu koczowników, który, gdyby nie ingerencja Klanu Sabaku, byłby całkowicie zniszczony. Ci, którym udało się przetrwać, osiedlili się centralnie pod latającym miastem. Ich celem od samego początku było wejście do latającego miasta, by móc przetrwać i odpocząć od problemów kraju wiatru. Jednak po tym jak ludzie "z góry" zeszli i pomogli im w miarę swoich możliwości w przetrwaniu, ich cele nieco się zmieniły. Poczuli się w pewnym sensie winni mieszkańcom latającego miasta przysługę. Dlatego też od tamtego momentu zaczęli dokładnie ochronić wejścia do miasta, nawet za cenę własnego życia. Koczownicy z życia w przenośnych namiotach stworzonych ze skór upolowanych zwierząt z północy w bardzo krótkim czasie przenieśli się do życia w prawdziwych, ceglanych domach. Ich osada otoczona jest grubym, kamiennym murem, na szczycie którego znajdują się zwiadowcy. Mimo to mieszkańcy w dalszym ciągu żywią się głównie tym co znajdą, a wodą opiekują się kobiety. Jest jej jednak zdecydowanie więcej, co jest oczywiście zasługą mieszkańców miasta w chmurach.

Opis stworzony przez Gamatt'a

Offline

 

#2 2014-01-03 15:41:17

 Senti

Zaginiony

37585360
Zarejestrowany: 2011-12-11
Posty: 539

Re: Osada koczowników

      Na dworze było całkiem przyjemnie. Umiarkowany wiaterek wkradał się przez otwarte okno do pomieszczenia, brzusząc straszliwie zasłony i firanki, zdmuchując szyderczo z parapetów ostałe na nim płatki poschłych kwiatów. Promyki słońca przekradały się tam i ówdzie, znacząc jasną poświatą części stołów i krzeseł, padając złośliwie na powieki śpiących domowników, czy też sprawiając, że wirujący w powietrzu kurz, skąpany światłem, stawał się żywą kurtyną przepoławiającą wnętrzności domu na wskroś.

      Wewnątrz pachniało; głównie miodem i pszenicą. W tle unosił się aromat kminku i czegoś równie słodkiego, jak wcześniej wspomniany miód, oraz, jeśli dobrze wytężyć nozdrza, dałoby się uchwycić delikatną strukturę zapachową unoszącego się gdzieś wysoko, niemal przy samym suficie, oparu z wiśniowej nalewki.

      Batsu leżał na łóżku. Przykryty kołdrą, z wciąż wilgotnym okładem na czole. Jego włosy, tłuste i mokre na przemian, odbijały intensywnie światło, tak, że zdawało się, iż głowa chłopaka emanuje swoim własnym, żółtawym światłem. Tuż obok łóżka znajdowała się szafka nocna, na krawędzi której wisiała wpół otwarta książka, przygnieciona, wyraźnie pospiesznie, lampą naftową. Tytuł nosił nazwę "Dzieje Świata", Sazukiego Senju.

      Od podłogi, z parteru, dochodziło stłumione echo czyichś głosów, mieszane z tupotem gołych stóp o posadzkę, śmiechów i brzęków naczyń.

Ostatnio edytowany przez Senti (2014-01-03 16:17:02)

Offline

 

#3 2014-01-03 17:32:54

Batsu

Zaginiony

47463267
Zarejestrowany: 2013-05-12
Posty: 263
Klan/Organizacja: Kaguya/Samotnicy
KG/Umiejętność: Shikotsumyaku
Ranga: Członek Klanu
Płeć: Wesoły Kostek
Wiek: 17 lat fabularnych

Re: Osada koczowników

     Leżałem na łóżku, na plecach. Jak nieboszczyk. Jakbym nigdy nie miał się podnieść. Ja. Batsu Kaguya. Niegdyś jeden z wyróżniających się Samotników. Teraz byłem zaledwie prochem, a nawet czymś gorszym. Kurz potrafi utrudnić życie ludziom. Umie on zirytować kogokolwiek. Ja w moim obecnym stanie byłem tylko jednym - udręką dla osób, które się mną opiekowały.
     Nie śniło mi się nic. Czarne tło, którym przesiąknięty był mój sen, sprawiało, że nie mogłem się obudzić. Nic nie czułem, niczego nie pragnąłem, leżałem nieruchomy, jak w trumnie. Gdybym otworzył teraz oczy, dostrzegłbym dach, strop, czy cokolwiek innego, co mogłoby mnie zainteresować. W obecnym momencie nawet roślinność wydałaby się dla mnie interesująca. Niestety, ja nie mogłem otworzyć nawet oczu. Czyja to wina?
     Nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na to pytanie. Może ze względu na mój stan, może dlatego, że nawet po obudzeniu się milczałbym w tej kwestii. Pamiętałem tylko jedno. Nie rzecz. Nie wspaniałe monumenty. Nie broń. Nie rodzinę. Nie organizację. Nie klan.
     Pamiętałem tylko Ayamaru.
     Kiyoshi zaczął wyjawiać się z ciemności. Widziałem jego twarz. Pyszną, zadowoloną z siebie. Że leżę i nie potrafię wstać. Bo zemdlałem i nie potrafię wstać. I byłem dla niego łatwą przeszkodą. Normalnie nigdy nie określiłbym tak siebie, jednak ta sytuacja wydarzyła się naprawdę. Ayamaru był coraz wyraźniejszy. Widziałem jego blond włosy. Widzialem jego usta, brwi, nawet nos. Co zobaczyłem później?
     Dostrzegłem strop. Otworzyłem moje oczy. Po raz pierwszy od... Nie pamiętam kiedy. Poza tą zmianą, można było dostrzec również zaciśniętą pięść. Gdyby ktokolwiek teraz mnie zaczepił, wstałbym i wymierzyłbym mu cios z pełnej siły.
     Stopniowo twarz mojego byłego przeciwnika zniknęła. Cieszyłem się z tego powodu. Nareszcie miałem go z głowy. Uspokoiłem się. Usta wyprostowały się w normalną kreskę. Pięść rozluźniła, zmieniając kształt w dłoń. Otworzyłem usta. Poruszyłem językiem. Nie udało się. Jeszcze raz. Znowu to samo. Ostatnia próba, póki mam odrobinę siły...
     - Ja... żyję? - zapytałem samego siebie. Nie oczekiwałem odpowiedzi. Z pewnością wszyscy byli na dole, skąd dobiegały śmiechy.
     Moje zmysły zaczynały działać normalnie. Jakbym budził się po długiej imprezie, która w końcu dobiegła końca. Jakbym niszczył truciznę w moich żyłach. Jakbym pokonał największego przeciwnika w moim życiu...
     Uśmiechnąłem się. Pierwszy raz, od bardzo, bardzo dawna.
     Próbując wydostać się z łoża, wyginałem ciało. Chciałem wreszcie ustabilizować swoją pozycję tak, abym mógł wyjść z łóżka. Wilgotny kompres spadł na podłogę, czyniąc przy tym lekki odgłos uderzenia. Może ktoś go usłyszy?
     Ja w tym czasie podnosiłem się. Wracałem do żywych...

Ostatnio edytowany przez Batsu (2014-01-03 17:36:52)


http://i.imgur.com/6VdCfSw.png

Offline

 

#4 2014-01-03 23:39:24

 Senti

Zaginiony

37585360
Zarejestrowany: 2011-12-11
Posty: 539

Re: Osada koczowników

      Batsu nareszcie udało się otworzyć oczy po długim letargu, w którym był pogrążony przez ostatni rok. Chłopak mógł już w pierwszej chwili poczuć pierwsze dysfunkcję i afekcję ciała; kości trzeszczały i rwały żywym bólem przy byle drgnięciu, a mięśnie paliły, reagując z wyraźnym opóźnieniem i straszną ospałością, zalane zewsząd drętwą falą. Plecy, zarówno w miejscu łopatek, jak i odcinku lędźwiowym, łkały i targały się w spazmach silnego, odleżynowego bólu, który wraz z odparzoną skórą mógł wywołać na twarzy nawet najbardziej hardego zawodnika żywy strach przed kolejnym, gwałtowniejszym ruchem. Okazało się, że choćby i otwarcie powiek nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać. Zaropiałe spojówki i powieki, zdawały się być sklejone z taką siłą, że w grę wchodziła krótkotrwała panika.

      Taką cenę Batsu zapłacił za drzemkę, trwającą ponad dwanaście miesięcy. Kiedy więc udało mu się nareszcie przejść do siadu, martwe i zimne pomieszczenie ożyło wraz z nim. Materac i podłoga zaskrzypiała donośnie, nie przyzwyczajona do ruchomego ciężaru, a wiatr jakby śmielej wpadł przez okno, jeszcze bardziej napinając w przeciągu szare, lekko przykurzone firanki.

      Samo pomieszczenie wydawało się być umiarkowanie przyjemnym. Było z pewnością małe, jakieś pięć metrów kwadratowych, danie mu więcej byłoby skrajną ignorancją. Ceglane ściany nadawały wnętrzu ponury i surowy wystrój, lecz sporo jaśniejsza, bambusowa podłoga, kontrastująca usilnie z pomarańczą bijącą każdej strony, w pewien sposób wyrównywała bilans i sprawiała, że w środku można było bez obaw spędzić więcej chwil, niż niezbędność na to pozwalała.

      Chłopak był wciąż sam. Odgłosy z parteru grały nieprzerwanie; głuchy tupot białych stóp, akcentowany raz za razem piskliwym śmiechem, jak i przyciszona, stłumiona i nieco basowa rozmowa, której nie można było rozumieć - różnica poziomów sprawiała, że ta zamieniała się w jeden, tajemniczy bełkot.
     

Offline

 

#5 2014-01-03 23:52:14

Batsu

Zaginiony

47463267
Zarejestrowany: 2013-05-12
Posty: 263
Klan/Organizacja: Kaguya/Samotnicy
KG/Umiejętność: Shikotsumyaku
Ranga: Członek Klanu
Płeć: Wesoły Kostek
Wiek: 17 lat fabularnych

Re: Osada koczowników

     Jak się okazało - moje ciało nie było w doskonałej formie. Nie dziwiłem się temu. Mój mózg zaczynał powoli wracać do tamtej formy i wiedziałem, że leżałem tutaj za długo. Nie mogąc się podnieść, moje ciało przyzwyczaiło się do wiecznego odpoczynku. Ruch klatki piersiowej podczas oddychania był chyba tylko jednym, który towarzyszył mi od bardzo długiego czasu. Aż strach pomyśleć, co by się ze mną działo, gdyby nie Shikotsumyaku? Bolały mnie wszelakie kości, ale znając swoje wrodzone umiejętności, stwierdziłem, że przełamię ból, a ciało przyzwyczai się do "nowego mnie".
     Stałem i dokładnie obserwowałem pomieszczenie. Czułem jak wiatr dotyka mnie po plecach. Najwidoczniej okno było otwarte. Pokoik, w którym spałem okazał się być naprawdę niewielki. Ponury, lecz dla mnie był najpiękniejszy na całym świecie. W końcu to tutaj się ocknąłem. Musiałem teraz zrobić kilka ważnych rzeczy. Może i chwilowych, krótkich, ale liczących się dla mnie.
     Ubolewałem, że nie ma tutaj lustra i umywali. Czułem, że jestem spocony i brudny. W końcu chorego nie myje się dokładnie i często. Wbrew pozorom, byłem bardzo higieniczny i czuły na tym punkcie. Niestety, teraz nie miałem okazji sprawdzić swojego wyglądu. Trudno. Pierwsza z "ważnych" spraw odleciała w dal. Teraz trzeba było zająć się czymś bardziej interesującym.
     Jak ja się tutaj znalazłem? I kto mnie zabrał? Dlaczego się obudziłem? Te pytania nurtowały mnie od momentu otworzenia oczu. Postanowiłem w końcu zrobić coś, aby zwrócić uwagę domowników, na ten ciasny pokoik. Mocnym uderzeniem nogi zaakcentowałem, że coś się wydarzyło. Wszyscy na dole powinni dosłyszeć ten dźwięk. Mogliby też rozpoznać kilka ciężkich słów, które wyrzekłem zaraz po uderzeniu. Zapomniałem, że nie jestem w formie.
     Starając się wykonać to sprawnie, ruszyłem do drzwi. Chciałem je otworzyć i wyjść wreszcie z tego pomieszczenia. Może ktoś mnie odnajdzie?


http://i.imgur.com/6VdCfSw.png

Offline

 

#6 2014-01-04 17:37:51

 Senti

Zaginiony

37585360
Zarejestrowany: 2011-12-11
Posty: 539

Re: Osada koczowników

     Po trwającej czas jakiś konsternacji, Batsu w końcu wzniósł się, starając się na nowo wtłoczyć życie w zmęczone ciało. Czynność ta spotkała się ze złośliwą rzeczywistością i nim chłopak zdążył połapać co tak naprawdę się zdarzyło, upadł na posadzę pełnym ciężarem, tym samym jeszcze mocniej nadwyrężając zaspane i  zastałe stawy. Hałas jaki przy tym powstał, również delikatnością nie grzeszył. Szafka nocna zakolebotała się, zsuwając ze swojego blatu ledwie trzymającą się nań książkę. W efekcie, ze starych, skórzanych okładek wypadły luźne kartki, które zaraz po opuszczeniu starego, zakurzonego domu, dały się raźno ponieść podmuchom coraz silniejszego powietrza.

     Kaguya dopiero po chwili mógł zrozumieć, co tak naprawdę się stało. Winowajcą upadku okazały się być jego własne nogi. Stopy, dokładnie rzecz ujmując, które były czarno-granatowe. Pozornie zdawać się mogło, że są po prostu brudne, lecz z czasem, nawet pozbawiony piątej klepki przygłup zauważyłby, że tu dzieje się coś bardziej poważnego, bowiem stopy... Były martwe.

     Drzwi otworzyło się potężnie, rodząc jeszcze większy przeciąg. Wiatr wewnątrz rozhulał się na tyle, że z jeszcze większą przebiegłością wykradał ze starej książki kartki, a te, niby rubaszne pannice, wcale rzucanym względom sprzeciwu nie kłady i latały, jak szalone, obijając się o ceglane ściany.

     Osobą, która zawitała w progu, było dziecko. Niewielkiego wzrostu i postury, świadczącej o sześciu, może ośmiu latach, należących do płowowłosego i całkiem dobrze ubranego chłopca. Lekko zaszklone, duże oczy, wpatrywały się na leżącego na ziemi człowieka, raz to ze zdziwieniem, a raz z politowaniem.
   
     - Wszystko w porządku? Nic ci nie jest? - zapytał, nie ruszając się z miejsca.

Offline

 

#7 2014-01-04 20:48:30

Batsu

Zaginiony

47463267
Zarejestrowany: 2013-05-12
Posty: 263
Klan/Organizacja: Kaguya/Samotnicy
KG/Umiejętność: Shikotsumyaku
Ranga: Członek Klanu
Płeć: Wesoły Kostek
Wiek: 17 lat fabularnych

Re: Osada koczowników

     Okazało się, że nie mam szczęścia. Upadłem na podłogę, a następnie zwinąłem się z bólu. Chwilkę później ponownie rozprostowałem swoje kończyny. Ból i cierpienie powinny trwać dłużej, ale ja zdawałem sobie sprawę z tego, że muszę przetrwać. W moim umyśle istniała jedna, jedyna komenda. Żyć dalej.
     Bałem się, że coś może dobierać się do mojego ciała. Byłaby to najgorsza z możliwych opcji. Wprawny medyk mógłby natomiast pomóc mi na odpowiednie dla niego sposoby, nawet całkowicie mnie uleczyć. Liczyłem więc na to, iż odnajdę taką osobę, która sprawi, że znów będę niczym grecki bóg.
     Nagle do pokoju wszedł jakiś dzieciak. Normalnie bym go spławił, lecz teraz nie mogłem tego zrobić. Spojrzałem na chłopca, a w moich oczach widać było opanowanie. Z pewnością wiedział kim jestem i dlaczego się tutaj znajduję. Wypadałoby go wypytać o to i owo.
     - Przydałby się medyk. Jak widzisz, mam mały problem z moim ciałem. Powiadom kogo trzeba, a jeśli w waszej osadzie stacjonują ninja bądź medycy, to daj im znać. Jeśli przeżyję, to zostanę twoim dłużnikiem. - powiedziałem bez cienia niepokoju. Co się wydarzy, tego nie wiem. Ale liczyłem na fortunę.


http://i.imgur.com/6VdCfSw.png

Offline

 

#8 2014-01-04 22:50:37

 Senti

Zaginiony

37585360
Zarejestrowany: 2011-12-11
Posty: 539

Re: Osada koczowników

     Chłopiec wzniósł brew nad sporym okiem, rozchylił lekko usta, zdziwiony, jakby to, co mówił leżący było co najmniej pozbawione sensu. Kilka razy odwrócił nerwowo głowę do tyłu, w stronę schodów, skąd wyglądało, że chciał wezwać pomoc. Nie zrobił tego jednak i z nieco zachwianym spokojem wysłuchał do końca wypowiedzi chorego. Co prawda, zaraz potem się uśmiechnął; z początku wstydliwie, później nieco odważniej. Za chwilę jednak znów stał się poważny i pewnym tonem postanowił odpowiedzieć.
     - Oj, widzę, że ty zupełnie nic nie wiesz. Jakiś czas temu, dokładnie to chyba będzie... - zagiął kilka palców - pięć dni... Wtedy właśnie do naszej osady przyszedł taki jeden znachor. No to my, dzień wcześniej przerażeni tym, co się stało z twoimi nogami, wezwaliśmy go do nas. Tatko mówi, że kosztowało nas to w cholerę - dokładnie tego słowa użył - i powiedział, że niepotrzebnie dziada do domu braliśmy. O tobie też coś mówił, jakobyś tylko nieszczęście nam przynosił i on, tatko, głupi jest najbardziej, bo serce ma wielkie i wziął cię pod dach. A ten stary pryk, znachor, co ci nogi obejrzał, machnął tylko ręką, jakąś maścią ci pięty posmarował, a potem powiedział, że szans już nie ma i trzeba amputować. Za dodatkową opłatę on to jest w stanie zrobić... Ale ta opłata była tak wielka, że tatko się jeszcze bardziej naburmuszył i mu odrzekł gromko, by ten spieprzał, bo on sam mu zaraz to i owo amputuje - dokładnie tych słów użył. A u nas to tu medyków nie ma - chłopiec uśmiechnął się z dziecinną błogością - tutaj nie ma żadnych ninja. Rzadko kiedy też i ktoś się w te tereny zapuszcza, żyjemy sobie więc tak - o. O nogi się nie martw, bo z nich już nic nie będzie. Zapytam tatka, to może znajdzie się ktoś w osadzie, jakiś dobry znajomek, co ci je utnie za darmo. Jestem pewny, że ktoś się znajdzie!

Offline

 

#9 2014-01-05 11:35:04

Batsu

Zaginiony

47463267
Zarejestrowany: 2013-05-12
Posty: 263
Klan/Organizacja: Kaguya/Samotnicy
KG/Umiejętność: Shikotsumyaku
Ranga: Członek Klanu
Płeć: Wesoły Kostek
Wiek: 17 lat fabularnych

Re: Osada koczowników

     Podłoga nie była wygodna. Nikogo to nie interesowało, poza mną. Leżąc na niej od pewnego czasu, odczuwałem pewien dyskomfort. Zastanawiałem się w głębi ducha co będzie dalej. A jeśli mi się nie uda? Jeśli faktycznie nigdy nie wstanę, będę chodzić o kulach, albo jeździć na jakimś prowizorycznym wózku? Może do końca moich dni będę musiał leżeć i być noszony przez innych ludzi? Nie wierzyłem w to, co mi się przydarzyło. Przez całe moje życie nie popełniałem błędów, a teraz los upomniał się o mnie.
     Powinienem płakać. Powinienem krzyczeć, wyzywać stwórcę, bóstwa, w które nie wierzyłem, niewinnego chłopca, znachora, Samotników i każdego, kto mógł mi pomóc, jednak tego nie zrobił. Nie zrobiłem tego. Dalej pokonywałem złe emocje. To była moja ciekawa strona charakteru - w trudnych momentach nie chciałem ulegać nerwicy, albo innym psychicznym chorobom. Wierzyłem. Wyzdrowieję.
     - To miło ze strony twojego ojca, że przygarnął mnie tutaj. Jeśli możesz, to go zawołaj. Tylko niech nie przychodzi z piłą, ani jakimkolwiek innym narzędziem do obcinania stóp. Nawet jeśli mi nie wierzysz, istnieją na tym świecie osoby, które potrafią mnie wyleczyć. A teraz zawołaj tatę lub pomóż mi wstać, bardzo mi na tym zależy. Ta podłoga nie jest ani czysta, ani wygodna. - powiedziałem uśmiechając się.
     Dawno temu ktoś powiedział mi, że jestem niepewny, nie wierzę w siebie. Było to najbardziej wierutne kłamstwo, jakie słyszałem. Chociaż nie miałem wielkich szans na powrót do fachu, myślami dalej trwałem przy przeżyciu. Wielu wojowników było pozbawionych kończyn, a mimo tego trenowali dalej. Ja wcale nie miałem gorzej. Mogłem wytworzyć kościami protezy, a potem znaleźć jakiegoś medycznego ninja, który pomógłby mi wytworzyć tkanki. A nawet jeśli to by się nie udało, mógłbym poruszać się na kościanych protezach.


http://i.imgur.com/6VdCfSw.png

Offline

 

#10 2014-01-06 16:35:11

 Senti

Zaginiony

37585360
Zarejestrowany: 2011-12-11
Posty: 539

Re: Osada koczowników

      Stojący w progu chłopiec wzruszył tylko ramionami.
      - Nie ma sprawy. Zawołam tatę.
      Ledwie skończył wypowiadać te słowa, a już Batsu mógł słyszeć szybki tupot małych stóp pokonujących kolejno stopnie schodów. Pozostawiwszy wcześniej otwarte drzwi, sprawił, że Samotnik tym razem mógł nieco usłyszeć z tego, co dzieje się na parterze. Między innymi rozmowę chłopca z rodzicem.
      - Obudził się, ale jak to? Leżał przecież tyle czasu w śpiączce... Czy to rzeczywiście prawda? Nie żartujesz sobie synu przypadkiem?
      - Tato, mówię prawdę! On się obudził. Teraz ciągle tylko gada o swoich stopach i chce żeby mu je amputować. Mówił, żebyś przyszedł z piłą.
      - A to ci dopiero! - mężczyzna zawołał z wyraźnym zdziwieniem. - A więc tak wygląda sytuacja, no, no... Twardy z niego gość, nie można powiedzieć... Mimo wszystko wolałbym z nim sam wcześniej porozmawiać - dodał, z nutką niepewności.
      Schody zaskrzypiały pod jego ciężarem, katowane wolnym rytmem wspinaczki. Kiedy przestały, w progu stanął krępy, dość niski człowiek, z wąsem, który majestatycznie zakręcał się przy policzkach. Włos, jegomościa był już delikatnie przyprószony siwizną a pucułowata twarz poprzecinana była tęgimi zmarszczkami, które nielicho postarzały człowieka o aparycji typowego rzeźnika.
      - Oj, nie powinieneś leżeć na podłodze. Łóżko niewygodne? Przepraszam, to jedyne, które mamy na stanie dla gościa... Wzywałeś mnie, to prawda? 

Offline

 

#11 2014-01-06 18:31:01

Batsu

Zaginiony

47463267
Zarejestrowany: 2013-05-12
Posty: 263
Klan/Organizacja: Kaguya/Samotnicy
KG/Umiejętność: Shikotsumyaku
Ranga: Członek Klanu
Płeć: Wesoły Kostek
Wiek: 17 lat fabularnych

Re: Osada koczowników

     Jak się okazało, dzieciak był ogromnym łgarzem. Usłyszałem rozmowę doskonale, więc wyrobiłem sobie o nim zdanie. Moja twarz zmieniła się, ukazując potworny grymas. Gdybym mógł chodzić, synalek mojego wybawcy dostałby porządne lanie, być może sam amputowałbym mu pewne części ciała. Postanowiłem jednak uspokoić się i czekać na dalsze poczynania osób zajmujących się mną. W końcu to oni mieli teraz więcej do powiedzenia, niźli ja. Smuciło mnie to, można rzec, że nawet irytowało, ale co mogłem zrobić? Krzyczeć? Wyzywać innych?
     Kiedy przyszedł mężczyzna, spojrzałem na niego powoli. Nie chciałem czegoś przeoczyć. Wyglądał na osobę, której dobrze się wiedzie. Był niski i gruby, to znaczy, że miał pieniądze na jedzenie i inne pierdoły, pokroju podatków. Dobrze, u bogacza zawsze lepiej jest się dogadać, niż u biedaka. Miałem tylko nadzieję, że facet nie jest sknerą, ale skoro opłacił maść i inne usługi znachora, miał wielkie serce. Liczyłem, że uda mnie się przekonać go, aby dalej mnie kurował.
     - Muszę panu przyznać, że pański syn jest wytrawnym żartownisiem. Przed chwilką prosiłem go, aby zawołał pana, ale bez piły. Cóż, cieszę się, że na razie amputacja mnie nie dotknie. - rzekłem - Na ziemi leżę, bo spadłem z łóżka. Nie mogę sam wstać, a przynajmniej ustać na nogach, więc bez pomocy innych jestem raczej ograniczony. Przede wszystkim chcę panu jednak podziękować za to, że zaopiekował się pan mną. Mam nadzieję, że spłacę ten dług wdzięczności. Ale do rzeczy, co jest z moimi kończynami? Czyżby pana syn również żartował w tym temacie, czy jednak jest to prawda? Naprawdę nie ma tutaj ani jednego ninja w wiosce?


http://i.imgur.com/6VdCfSw.png

Offline

 

#12 2014-01-07 23:28:08

 Senti

Zaginiony

37585360
Zarejestrowany: 2011-12-11
Posty: 539

Re: Osada koczowników

      Stojący w progu gospodarz uśmiechnął się blado na słowa Batsu, który wciąż leżał rozciągnięty na bambusowej podłodze. Nie przerywał, gdy tamten mówił, cierpliwie wysłuchując chłopaka do ostatniego słowa. Kiedy jednak Samotnik skończył, mężczyzna postąpił naprzód, obchodząc Kaguyę dokoła długimi krokami. W tej samej chwili poszkodowany mógł mieć wrażenie, że czuje się dziwnie ociężały. Zupełnie jakby jego masa zwiększyła się co najmniej pięciokrotnie. Sama podłoga zaś też nie wykazywała normalnych cech. Była straszliwie lepka - jakikolwiek na niej ruch równoznaczny był ze zwierzęcym wysiłkiem, który wciąż wzrastał. Batsu znalazł się w niecodziennym potrzasku.
      - Pańskie nogi są bardzo chore - przemówiła głowa rodziny gdzieś za plecami Kaguyi. - Wydaje mi się, że nie ma innej opcji jak je amputować. Tak, tak wiem... Te nogi to dla ciebie wszystko, bez nich wy ninja nie jesteście w stanie kontynuować swojej kariery... Dobrze mówię? Myślę, że dobrze...
      Głos nagle umilkł, rozpłynął się w eterze. Przez chwilę Batsu został pozostawiony sam na sam z tym, co przed chwilą usłyszał. Łatwo zgadnąć, jak w takiej sytuacji rozprzestrzenić mógł się niepokój w młodym ciele. Na dodatek, jakby tego było mało, grawitacja podłogi jeszcze bardziej wzrosła, zbliżając się coraz bardziej do granicy, której przekroczyć w żadnym razie nie było wolno.
      - To potrwa tylko chwilę - cichy szept zatańczył w uchu chłopaka pod postacią ciepłego powietrza.
      Zaraz po tych słowach Batsu został poddany straszliwej próbie - metalowa piła bez kompleksu żarła wyżłobionymi weń ząbkami kostki młodzieńca, wydając przy tym śmiertelnie nieprzyjemny zgrzyt. Zgrzyt piłowanych kości. Jeden tylko Kaguya mógł wiedzieć, jakim katuszom zostawał wówczas poddawany, nie mogąc drgnąć choćby o cal, przyklejony do bambusowej podłogi.

Offline

 

#13 2014-01-08 15:56:51

Batsu

Zaginiony

47463267
Zarejestrowany: 2013-05-12
Posty: 263
Klan/Organizacja: Kaguya/Samotnicy
KG/Umiejętność: Shikotsumyaku
Ranga: Członek Klanu
Płeć: Wesoły Kostek
Wiek: 17 lat fabularnych

Re: Osada koczowników

     Nie udało się. Gospodarz zaufał swojemu synkowi, znachorowi, lecz niestety, nie mi. Ja natomiast nie miałem nic do powiedzenia. Straciłem znaczenie już dawno temu, kiedy obudziłem się w tym domu. Wszyscy decydowali o mnie bez mojej wiedzy. Powodowało to u mnie tylko pogłębiający się żal, ale zarazem negatywne emocje. Moje oczy płonęły ogniem. Gdybym tylko mógł, rzuciłbym się na mężczyznę, a potem ukazał do czego jestem zdolny. Z pewnością przez to zostałbym zganiony przez władze osady i skazany na śmierć, ale co mi po tym, skoro nie mogę nawet chodzić? Bez medyka nie dam nawet rady "pracować".
     Spojrzałem z wyrzutem na faceta. Najwidoczniej wiedział więcej o sztuce ninja, niż mi się wydawało. Coś takiego było jedną z najsilniejszych technik jakie widziałem. Zwiększył mój ciężar, a ja jedynie czekałem na koniec. W moich oczach poza wolą walki widać było również negatywne emocje. Najchętniej zniszczyłbym wszystko dookoła.
     - Ty... - wycharczałem, ledwie otwierając usta - Powinieneś przestać. Jednak nawet jeśli tego nie zrobisz, to nie tnij moich kości. Są ważne.
     Czekałem...


http://i.imgur.com/6VdCfSw.png

Offline

 

#14 2014-01-09 22:39:58

 Senti

Zaginiony

37585360
Zarejestrowany: 2011-12-11
Posty: 539

Re: Osada koczowników

      Wąsaty rzeźnik nawet nie zwrócił uwagi na słowa Batsu. Jak opętany wariat, który tańczy podle własnej muzyki, cofał i popychał przedramię, rwąc powietrze chorą grą piły. Mielące się jak w korcu maku akordy; raz to bardziej soczyste, jak podczas przepoławiania owocu, a raz suche, jak przeciągnięty nóż po pustynnym pagórze zamieniały się niezmiennie, dopóty, dopóki wszystkiego nie zakończyło ciche tąpnięcie odczłonkowanej, prawej stopy.
      - Ciii, będzie dobrze, będzie dobrze! - krzyczał mężczyzna, przewracając zatopionymi w obłędzie ślepiami. Ręce po łokcie miał obrzydliwie czerwone i śmierdzące krwią. - Jeszcze jedna, jeszcze jedna... - trudno było rozeznać się, czy mówi do siebie, czy może do ledwie przytomnego Kaguyi, oślepionego bólem i słabnącego wraz z ciągłą utratą życiodajnej substancji.

Płynie, płynie rzeką życie, płynie rzeką życie,
Łódka losu buja się wprzód i w tył ochoczo,
Krwi nie popuścimy, nie popuścimy przecie,
Dajcie najsampierw puchary błyszczące uroczo!



      Mamrotał pod nosem słowa piosenki, odkładając na ziemi piłę. Obmacując trzecią kieszeń z kolei, nareszcie udało mu się znaleźć papierosa, którego zaraz zapalił. Słodki dym natychmiast wypełnił ciasne pomieszczenie.
      - Hah, twarde masz kości bratku, oj twarde. Jakem w amputacji fechmistrz, tak tak twardych gnatów jeszcze nigdy nie widziałem... - mówił, krytycznie spozierając na swoją robotę.
      Batsu wciąż nie mógł się ruszać. Podłoga zdawała się go do siebie przyssać. Czuł tylko ból. Tylko ból.

Uwaga fabularna
Trochę zawiodłem się na twoim ostatnim poście. Dałem ci małe pole do popisu byś mógł popłynąć z przeżyciami swojej postaci. Mam nadzieję, że pamiętasz o tym, jakiej operacji jesteś poddawany bez znieczulenia. Pozdrawiam.

Ostatnio edytowany przez Senti (2014-01-10 00:16:28)

Offline

 

#15 2014-01-11 18:57:21

Batsu

Zaginiony

47463267
Zarejestrowany: 2013-05-12
Posty: 263
Klan/Organizacja: Kaguya/Samotnicy
KG/Umiejętność: Shikotsumyaku
Ranga: Członek Klanu
Płeć: Wesoły Kostek
Wiek: 17 lat fabularnych

Re: Osada koczowników

     Podłoga była naprawdę twarda. Gdybym mógł jakkolwiek zareagować, natychmiastowo wyprostowałbym się i wstał. Problem w tym, że aktualnie moje ciało stało się cięższe niż zwykle. Cholerny rzeźnik, najwyraźniej potrafił wykorzystać jakoś albo chakrę, albo otoczenie. Zirytowany patrzyłem na tego człowieka. W moich oczach widać było tworzące się łzy. Nie chciałem ukazywać ich, ale podczas bólu powstawały same. Zamknąłem oczy.
     Widziałem siebie, pod treningiem mojego ojca. Jak ganiał mnie, karcił bez powodu i hartował. Widziałem bardzo dokładnie, jak zwracał mi uwagę za okazywanie "niepotrzebnych" uczuć. Musiałem być idealny. Za to równie szybko orzekłem, iż jest zaślepionym idiotą, który poza treningiem nie ma innych pomysłów na życie. Ale jak na to zareagowałem? Porozmawiałem z nim? Przecież to nie dałoby nic. Musiałem zrobić coś, co pochwaliliby moi wszyscy przodkowie.
     Uciekłem z domu.
     Pamiętałem ową noc, gdy padał ogromny deszcz. Wykorzystując burzę, mrok i ciemność prędko opuściłem rodzinny dom. Nie czułem do niego ani grama przywiązania. Nigdy nie kochałem ojca, matka nie żyła, więc co mogłem robić? Zarabiać na życie. Ale co umiałem robić poza walką?
     Zostałem rabusiem.
     Potem dziwnym trafem jeden z osobników, na którego napadłem, zapisał mnie do Szkoły Ninja. Mógł zetrzeć mnie na proch, był ninja. Natomiast ja znałem tylko kilka trików z dziedziny TaiJutsu. Powinienem był wtedy umrzeć. Nie odczuwałbym tego co teraz.
     Ale żyłem dalej. Dostałem się do wspomnianej wcześniej akademii, tam przeszedłem wszystkie testy, a na sam koniec wróciłem do Airando. Kochany Kraj Wody. Znałem tam wiele miejsc, o których nikt inny by nie pomyślał. Bardzo dokładnie eksplorowałem tereny po moim powrocie. Natknąłem się na złodziei, rabusiów, innowierców, a także wiele innych ludzi. Wszyscy mieli jedno pragnienie.
     Zabić mnie. Za każdym razem, gdy się przed nimi broniłem, powinienem był zginąc. Nie musiałbym odczuwać tego okropnego uczucia, gdy piła wbija się w moje kości. Moje kości! Moje święte gnaty, których nikt nie mógł tykać, poza mną!
     Co było dalej? Z tego co pamiętam, dostałem się do Chuu. Domek Gorizu... Tam prawie co zginąłem, widziałem natarcie Jeźdźców Słońca, przez co jako jedyny z nielicznych zrozumiałem co się tam wydarzy. Większość obecnych ninja słyszało tylko hasło "wojna domowa". Ja natomiast jako wybraniec losu, mogłem poszczycić się widokiem mordowania radnych i bogu winnych ludzi. Nie przeszkadzała mi ich śmierć. Nie znałem ich, ale wiedziałem co się będzie dziać dalej.
     Podczas masakry pojawiło się wiele jeźdźców, jednak niektórzy przejeżdżali obok nas. I oni powinni rzucić się na nas, spopielić, poprzecinać, zniszczyć, niczym przeszkodę na swojej drodze. Powinienem był umrzeć, zostać zabity. Gdybym wtedy wyzionął ducha, moje gnaty ciągle stanowiłyby jedność. Natomiast ten rzeźnik, grubas z wąsami, przywłaszczył sobie moje stopy! Mój ból był niczym, w porównaniu do tego co czułem w mojej głowie. Psychika szalała, wariowała. Gdybym mógł, popełniłbym samobójstwo. No ale leżałem teraz unieruchomiony własnym ciężarem.
     Co działo się dalej? Udałem się na Wielki Turniej Ninja. Tam wygrałem pierwszą walkę. Itsuki po prostu przegrał. Daiki się nie stawił, więc drugie zwycięstwo było moje. I co było potem? Coś, w zasadzie ktoś. Ayamaru Kiyoshi. Czułem tylko cierpienie, gdy wspominałem jego nazwisko, jednak to uczucie szybko przeobrażało się w szybko rosnącą nienawiść.
     Chciałbym, abym zginął tam po raz kolejny. Miałbym mniej problemów. Moje kości nie rozłączyłyby się. Grubas z wąsami miałbym większą sakiewkę, natomiast ja, byłbym szczęśliwy. Mój duch przynajmniej nie stawał się tak nienasycony jak teraz. Chciałem go udusić. Chciałem go zabić. Chciałem go po prostu zamordować, w najgorszy z możliwych sposobów.
     Nie mogłem tego zrobić. Dlaczego? Nie miałem takiej siły, aby dźwignąć się z posadzki. Nawet, gdybym się uwolnił, nie zamordowałbym tego osobnika. Nie teraz. Na razie musiałem zrobić jedno. Przeprosić przodków. Zmienić się.
     Batsu umarł w momencie, gdy gnaty upadły na posadzkę. Od teraz nosiłem inne imię. Nie chciałem go wyjawiać. Nie w tym momencie. Za sekundę, ale nie teraz. Jutro, lecz nie dziś. W momencie śmierci, lecz nie teraz...
     - Jesteś z siebie zadowolony? - zapytałem z pogardą. A przynajmniej na tyle negatywnym uczuciu, na jakie pozwalał mi mój stan.

Ostatnio edytowany przez Batsu (2014-01-11 18:57:55)


http://i.imgur.com/6VdCfSw.png

Offline

 

#16 2014-01-12 01:03:50

 Senti

Zaginiony

37585360
Zarejestrowany: 2011-12-11
Posty: 539

Re: Osada koczowników

      Dym z papierosa tańczył w powietrzu, z wolna szarząc wąską przestrzeń dokoła. Na bambusowej podłodze, która nie chciała już pić krwi, zalegała obszerna, czerwona kałuża, bezustannie rosnącą w niemalże nie zmieniającej się częstotliwości. Twarz Batsu stawała się coraz bardziej blada, a oczy chowały się pod górną powieką, jakby straszne tego co widzą. Głosy rzeźnika stawały się z każdą chwilą mniej wyraźnie, a język w ustach mógł wydawać się dziwnie obcy i obły. Tylko receptory nerwowe nie chciały ustąpić w swej trzeźwości i nadal brały na siebie kolejne porcje nieprzerwanej tortury. Batsu był jak warzywo. Nie mógł drgnąć, ledwie mówił. Pozostawało mu więc tylko czuć i cierpieć, czekając w międzyczasie na to co nadejdzie.

      - Sugoi! Niesamowicie odporny psychicznie okaz! - zagrzmiał w głowie chłopaka głos, pochodzący jakby z innego wymiaru. Trudno rzec, czy nie był to zwykły omam. Brzmiał jak stłumiony przez ścianę podniecony tenor. - Nigdy nie sądziłem, że ktoś byłby wstanie przetrwać operację amputacji bez znieczulenia, nie tracąc przy tym przytomności. Może powinniśmy zaprzestać tej wizji i poddać go kolejnej? Chciałbym zbadać dzisiaj jeszcze kilka innych jego uczuć prócz cierpienia, a sesja dobiega końca...
      - Zatem pobawmy się jeszcze cierpieniem... - odpowiedział niski, dużo spokojniejszy głos. - Jutro sprawdzimy żal i smutek... Przypnij go dobrze pasami, żeby nam przypadkiem nie wypadł... No, tak lepiej. A teraz kontynuujmy.

      Syk gaszonego papierosa w mokrej popielniczce wybudził Batsu z podsłuchiwania odbywającej się w jego głowie rozmowy. Wąsaty mężczyzna skończył nucić piosenkę i dopiero teraz zareagował na wypowiedziane wcześniej słowa Samotnika. Wydobył nie wiadomo skąd nóż kuchenny, długi na stopę, a którego chłopak widzieć nie mógł z racji, iż przyklejony był do podłogi tak, że wzrok ledwie mógł zahaczyć to, co dzieje się nad podłogą.
      - Oczywiście, że nie. To dopiero początek.
      Metal przeszył powietrze i zatopił się zaraz w czymś miękkim. Impuls był szybki i ledwie odczuwalny. Po twarzy Batsu ściekała wartko krew, a tuż przed jego oczyma upadło jego własne, prawe ucho.

Offline

 

#17 2014-01-12 11:26:37

Batsu

Zaginiony

47463267
Zarejestrowany: 2013-05-12
Posty: 263
Klan/Organizacja: Kaguya/Samotnicy
KG/Umiejętność: Shikotsumyaku
Ranga: Członek Klanu
Płeć: Wesoły Kostek
Wiek: 17 lat fabularnych

Re: Osada koczowników

     Nagle, bo nie można rzec, że czułem to od dłuższego czasu, przypłynął kolejny ból. Jego porcja była tak ogromna, że zastanawiałem się nawet przez moment nad złagodzeniem go. Jednak jak się okazało, było to niepotrzebne. Moja psychika walczyła dalej, gdy usłyszałem kolejne głosy. Nie należące już do rzeźnika. Uważnie wysłuchałem komunikatu, a następnie zmieniłem zdanie. O samym sobie.
     Iluzja. Wszystko jasne. Ktoś poddawał mnie torturom, tylko po to, aby przeprowadzić jak wiele jestem w stanie przejść psychicznie. Najwidoczniej byłem tym okazem, który zainteresował osoby mnie operujące. Dlaczego? Chyba okazałem się najbardziej wytrzymały. Czułem dziwną dumę, ale zarazem i złość. Powoli ogarniały mnie negatywne emocje. Gdybym całkowicie się im oddał, kto wie co by się stało?
     Przede wszystkim, próbowałem wytrwać dalej. Kolejne ataki rzeźnika nie robiły tutaj większego znaczenia, bo doskonale wiedziałem, że naprawdę moje ciało może być inne niż w tym GenJutsu. Ta wiadomość była dla mnie niczym światło w mrocznym tunelu - musiałem się trzymać i być świadomym, że tak naprawdę to tylko iluzja.
     Próbowałem zachamować przepływ chakry w swoim organiźmie. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że jest to jeden z najlepszych sposobów na ucieczkę od GenJutsu. Co prawda nie miałem możliwości, aby złożyć pieczęci do Kai, lecz starałem się opanować moją świadomość maksymalnie. Nie mówiłem nic. Nie próbowałem się ruszać. Po prostu starałem się zahamować rozwój iluzji, albo i wydostać się z niej. Krew cieknąca z mojej głowy mnie nie interesowała...


http://i.imgur.com/6VdCfSw.png

Offline

 

#18 2014-01-12 19:03:37

 Senti

Zaginiony

37585360
Zarejestrowany: 2011-12-11
Posty: 539

Re: Osada koczowników

      Głosy, jeszcze do niedawna siedzące w głowie Batsu, wprowadziły go na poszlakę, którą chłopak chciał jak najprędzej podążyć. Uznając, że to co dzieje się dokoła jest iluzją, z której można się uwolnić, przystąpił do działania. Postanowił odwrócić bieg chakry, przypominając sobie lekcje zaczerpnięte jeszcze z czasów akademii. W ten sposób mógł rzeczywiście poradzić sobie nawet z silniejszym Genjutsu, jednakowoż warunki, w jakich się znajdował, w żaden sposób nie chciały na to pozwolić. Nie mogąc złożyć pieczęci Kai, nie był jednocześnie w stanie wykonać swojego założenia. Wszystko spełzło zatem na niczym. Posadzka nadal ciągnęła go do siebie, a zdobyte rany, jako żywe przypominały o swoim istnieniu w wyjątkowo dobitny i jednoznaczny sposób.
      Krew cieknąca z miejsca, gdzie wcześniej Batsu posiadał prawe ucho, lała się pełną obfitością. Ściekała wzdłuż policzka i karku, na siłę wdzierając się do ust i oczu, rażąc swym charakterystycznym smakiem i szybko stygnącą formą. Niemal przezroczysta skóra mówiła jasno, jak niewiele życia Samotnikowi pozostało. I jak niewiele czasu ma, aby móc je w jakiś sposób przedłużyć.
      Rzeźnik stanął okrakiem nad nieruchomym ciałem swej ofiary i ponownie rzucił piłę na bok. Słabo słyszalny brzęk świadczył, że tym razem rzucił ją naprawdę daleko. Zaraz potem krzyknął, wycierając wierzchem dłoni czoło.
      - Synu, czy wrzątek jest już gotowy? Chciałbym sprawdzić, jak reaguje z jego ciałem...
      - Już niedługo, tatku! - odkrzyknął tamten pogodnym głosem.

Ostatnio edytowany przez Senti (2014-01-12 19:06:21)

Offline

 

#19 2014-01-13 18:07:47

Batsu

Zaginiony

47463267
Zarejestrowany: 2013-05-12
Posty: 263
Klan/Organizacja: Kaguya/Samotnicy
KG/Umiejętność: Shikotsumyaku
Ranga: Członek Klanu
Płeć: Wesoły Kostek
Wiek: 17 lat fabularnych

Re: Osada koczowników

     Niestety, nie mogłem złożyć pieczęci. Przez to cały mój manewr był skazany na porażkę. Ze złości chciałem zerwać z siebie pasy, lecz było to niemożliwe. Za duży ciężar własnego ciała plus osłabienie i wycieńczenie. Nie wiedziałem, czy mam przy sobie moje wyposażenie, więc równie dobrze nie mógłbym wyciągnąć kunaia, czy innej broni, którą przeciąłbym więzi unieruchamiające mnie. Nagle jednak doznałem olśnienia. Byłem z siebie niezadowolony, że wpadłem na to dopiero po takim czasie.
     Skupiłem chakrę i zrobiłem to. Nagle z moich kolan, przedramion, barków i dłoni wysunęły się kości. Całkiem długie, ale cholernie wytrzymałe. Ruch ten był o tyle niebezpieczny, bo mogłem ujawnić się przeciwnikom, którzy mieli dwie opcje. Ze strachu lub zaskoczenia przerwać iluzję, albo zwiększyć jej moc. Musiałem więc działać szybko. Gnaty, które wysunęły się natychmiastowo miały za cel jedno.
     Przecięcie pasów z pewnością nie należało do łatwych zadań, ale na logikę, musiały one utrzymywać moje ciało w paru miejscach. Nogi, korpus, ewentualnie jeszcze jedno umocowanie na klatce piersiowej. Natychmiastowo zacząłem wierzgać, aby przeciąć niewidoczne dla mnie sznury. Musiałem wydostać się z tego całego GenJutsu. Jeśli sprawiało mi ono ból, Kai nie skutkowało, to czynnik manualny był chyba jedną opcją.

[Musisz być zalogowany, aby przeczytać ukrytą wiadomość]

Ostatnio edytowany przez Batsu (2014-01-15 20:10:34)


http://i.imgur.com/6VdCfSw.png

Offline

 

#20 2014-01-13 23:30:52

 Senti

Zaginiony

37585360
Zarejestrowany: 2011-12-11
Posty: 539

Re: Osada koczowników

Uwaga fabularna
Prawdę powiedziawszy, to aż sam czuję się zaskoczony tym, co zrobiłeś. Nie rozumiem, jakim sposobem chciałeś przeciąć pasy, skoro żaden z nich nie krępuje cię w pomieszczeniu, w którym poddawany jesteś torturom.



      Pospieszne kroki nadchodzącego chłopca, były dla Batsu jak odgłosy tykającego zegara, który miał w pewnej chwili wyznaczyć dla niego porę kolejnej kaźni. Rzeźnik w tym czasie znowu poddał się odpoczynkowi. Odszedł od Samotnika, ciężkimi stąpnięciami przemierzając pokój. Żałosne skrzypienie sprężyn materaca jasno oświadczyło, że mężczyzna spoczął na łóżku, do niedawna należącym do leżącego w bajorze krwi człowieka. Batsu stał się kaleką, to wątpliwości nie ulegało. Pozbawiony jednej stopy i jednego ucha, miał wkrótce stracić zdrową formę skóry. Wylany wrzątek mógł równie dobrze pozbawić go życia, taka możliwość także wchodziła w rachubę. Kto jednak wie, czy taki los nie byłby lepszy, niźli egzystencja w pokurczonym ciele kaleki, nie spełniającym roli, do jakiej zostało stworzone wpuszczone w świat natury.
      Kości Batsu zatrzeszczały obrzydliwie z ostrym akordem rwanej podłogi. Zmiażdżona bambusowa kładka wypuściła z siebie pierścienie drzazg i świeżej warstwy drewnianego rdzenia. W tej samej chwili, łopatki, ramiona, a także nogi Kaguyi zostały pokryte kostropatymi odnogami chudych badyli o wapiennym kolorze. Siedzący na łóżku oprawca wyraźnie podskoczył; sprężyny materaca wydały z siebie serię skrzekliwych skrzypnięć. Jak poparzony zsunął się na ziemię i z nieludzką ambicją poczłapał na czworaka w stronę rzuconej piły. Był cały spocony i mocno purpurowy. Wiedział doskonale, że sytuacja będąca do tej pory pod kontrolą, zaczyna nagle wymykać mu się z rąk.
      W tej samej chwili w wejściu pojawił się mały chłopczyk, syn wąsatego. Prawie ramie miał ściągnięte w dół, obciążone trzymanym w ręku wiadrem, z którego wynurzały się kłęby gęstej, burej pary. W oczach zapłonęło mu żywe zdziwienie. I strach.
      - Tato, tato, co się stało? - zapytał łamiącym się głosem. W tym samym czasie ojciec zdążył ponownie uchwycić między łapska piłę.
      - To jest jakiś cudak - wysapał, zaciskając jeszcze bardziej białe knykcie na rączce narzędzia. - Dawaj te wiadro... Zalejemy te cholerstwo raz na zawsze!
      Wyrwał z dziecięcej dłoni ceber, ostrożnie zważył go w ramieniu. Przez chwilę się wahał. Za chwilę jednak na jego twarz wróciła stalowa stanowczość.
      - No to chlup! - ryknął, chlustem wylewając wrzątek na pokrytego kośćmi, wierzgającego się Batsu.

Ostatnio edytowany przez Senti (2014-01-14 00:01:43)

Offline

 

#21 2014-01-16 17:27:00

Batsu

Zaginiony

47463267
Zarejestrowany: 2013-05-12
Posty: 263
Klan/Organizacja: Kaguya/Samotnicy
KG/Umiejętność: Shikotsumyaku
Ranga: Członek Klanu
Płeć: Wesoły Kostek
Wiek: 17 lat fabularnych

Re: Osada koczowników

Wytłumaczenie tego ruchu jest bardzo proste - Batsu uważa, iż kościami zetnie pasy. Jeśli mu się to uda to być może poczuje jakąkolwiek zmianę ciężaru i wydostanie się. I z iluzji i ze stołu.


     Ja... Nie wierzyłem w to co się działo. Moje kości, pomimo swojego wysunięcia, tak naprawdę nic nie zdziałały. Zaskoczony natychmiastowo je schowałem, tak, aby dalej mi nie przeszkadzały. Zdawałem sobie sprawę, że to posunięcie miało minimalne szanse, jednak dopiero teraz zastanowiłem się nad tym. Cóż, byłem skazany na dalsze tortury. Niestety, ponieważ wcześniej liczyłem na wydostanie się z iluzji, byłem bliski płaczu. Jeśli tak dalej pójdzie, to GenJutsu mnie zabije.
     Gdy tylko wrzątek oblał moje ciało, krzyknąłem. Ryk był niesamowity, sam byłem zdziwiony możliwościami mojego głosu. Nie mogłem wytrzymać tak dłużej - czułem szok, smutek, nienawiść i hańbę. A największe z moich uczuć dotyczyły Samotników. Naiwny Batsu Kaguya, został po prostu wykorzystany. Do tej pory przez całe życie starał się, aby jego rodzina i wspólnota stała się najsilniejsza na świecie. Niestety, wszystkie te starania okazały się daremne. Bo teraz, gdy Batsu Kaguya leżał tutaj na ziemi, jego umysł i ciało przeżywały najgorsze katusze.
[b][b/]     - Niech przeklęty będzie ten dzień, w którym się obudziłem. Niech przeklęci będą ci, którzy to spowodowali. Niech przeklęte będzie moje imię i nazwisko, rodzina, wspólnota, a także wszystko to, co ściągnęło mnie tutaj. - wyrecytowałem, gdy zabrakło mi sił, aby dalej krzyczeć. Mój umysł trzymał się ledwo ledwo na skraju normalności psychicznej. Jak długo wytrzymam?


http://i.imgur.com/6VdCfSw.png

Offline

 

#22 2014-01-17 00:28:25

 Senti

Zaginiony

37585360
Zarejestrowany: 2011-12-11
Posty: 539

Re: Osada koczowników

    Parny obłok szarej zasłony dymu buchnął w górę, ulatując wraz z potwornym sykiem ostudzonego wrzątku. Batsu tym razem nie szczędził głosu. Darł się w niebogłosy, przeklinał wszystko, co akuratnie naszło mu na język, starając się wśród chaotycznych myśli zachować rezonans w sytuacji. Było to zadanie niemożliwe do wykonania, bowiem wraz z opróżnieniem na niego zawartości skwierczącego wiadra, zatracił swą formę. Stał się płynną żelatyną, czymś na granicy kisielu, a wyjątkowo rzadkiej substancji. Był burą kałużą, wśród której migotały żyłki różowych pęcherzyków, jak upiorne oczyska pękające pod siłą ciśnienia. Nie widział nic i tyle samo czuł. Niby dusza, która nie zdołała opuścić karykatury swojego ciała.
    Odgłosy z pomieszczenia docierały do niego w niezrozumiałej formie. Echowatej i strasznie zniekształconej. Można było odnieść wrażenie, że nieznana siła narzuciła na postać Samotnika niewidzialny klosz, który deformował każdy bodziec z zewnątrz, lub zupełnie go od niego odcinał.
    Z czasem, wszystko zaczęło ulatywać. Znikać, zatracać się w próżni, która jako żywa pochłaniała łakomie każdy materialny kształt. W końcu, pochłonięty został sam Batsu. Śmierdzący genetyk jego dawnego jestestwa. I zdawać się mogło, że przepadł na zawsze, gdzieś, w zapomnianym przez Boga świecie. Poniżony i zhańbiony, storturowany w nieludzki sposób. Zamieniony w coś, co nie wzbudzało niczego poza żalem i silną torsją.
    Potem jednak wszystko zaczęło wracać. Nos znów czuł, uszy słyszeć, a oczy z wolna widzieć, przyzwyczajając się do traktującego dokoła silnego światła lamp. Kaguya siedział z opuszczoną głową na fotelu, przymocowany doń za pomocą skórzanych pasków. Kręciło mu się silnie w głowie, a żołądek był co i rusz atakowany mdłościami. Prawe ramie było dziwnie obolałe. I niemrawe.
    - Długo spałeś, przyjacielu - odezwał się zza światła głos ukrytego w cieniu człowieka. - Twoja drzemka przysporzyła nam mnóstwa strachu. Bardzo głośno krzyczałeś. Czy teraz czujesz się lepiej? Nie wysilaj się - uprzedził zawczasu. - Nie jesteś w stanie używać chakry. Przynajmniej nie teraz.

Offline

 

#23 2014-01-19 16:05:47

Batsu

Zaginiony

47463267
Zarejestrowany: 2013-05-12
Posty: 263
Klan/Organizacja: Kaguya/Samotnicy
KG/Umiejętność: Shikotsumyaku
Ranga: Członek Klanu
Płeć: Wesoły Kostek
Wiek: 17 lat fabularnych

Re: Osada koczowników

     Powoli wracałem do normalnego stanu. Było to dziwne. Co prawda trudno było mi przyzwyczaić się do nagle wpływających bodźców, lecz umysł pracował normalnie. Ociężale i wolno. Rozgrzewająco. Początkowo czułem, że to wszystko było snem. Z czasem wracała pamięć, wszystkie wydarzenia, aż dotarłem do momentu tajemniczej iluzji. Być może była to prawda. Jednak nie byłem tego pewny. Kiedy jednak spojrzałem na pasy poczułem znajomy ucisk. Czyżby to jednak było GenJutsu?
     Ktoś się odezwał. Poczułem, że na moich plecach stają włosy. Ciarki przechodziły po moim ciele coraz wolniej, aż w końcu zniknęły. Pełen złości przypominałem sobie moje cierpienia. Pamiętałem również słowa, które wyrzekłem wcześniej. Nie mogłem ich zapomnieć. Czułem się wręcz zobowiązany, aby wciąż je utrzymywać, w moim całym życiu. To co mi się wydarzyło, nie może zostać zapomniane. Nigdy.
     - Przyjacielu? W moim życiu miałem tylko takiego jednego. Nie jesteś nim. Poznaję po głosie. - powiedziałem zmęczonym tonem - Hiroshi Uchiha... Jeśli mnie pamiętasz, to tego głąba także. Brał udział w turnieju... Tym daremnym, beznadziejnym przedsięwzięciu... Dopiero po tak długim czasie, widzę że udział w nim to kompletna strata czasu. Zero perspektyw na przyszłość... Właśnie, wiesz jaki mamy dziś dzień? I rok?


http://i.imgur.com/6VdCfSw.png

Offline

 

#24 2014-01-28 21:03:09

 Senti

Zaginiony

37585360
Zarejestrowany: 2011-12-11
Posty: 539

Re: Osada koczowników

    - Roook? - zapytała ukryta postać z akademickim zdziwieniem. - Bodajże... Sto sześćdziesiąty czwarty, a może piąty? Doprawdy nie zdziwiłbym się, gdyby był już sto siedemdziesiąty chociażby - zachichotał, a jego głos rozniósł się echem. - Nie prowadzę kalendarza, nie dziw się więc, że nie potrafię odpowiedzieć na twoje pytania. Ze swej nory wychodzę bardzo rzadko, a kiedy to robię, daty nie mają dla mnie żadnego znaczenia... Uwierz mi - żadnego.
    W pomieszczeniu śmierdziało formaliną i spirytusem. Panował charakterystyczny, szpitalny zaduch, toteż oddychanie przez pierwsze kilka chwil było ciężkie i ledwie możliwe. Z czasem stawało się to jednak prostsze i Batsu mógł bez odrzutu w żołądku dotleniać organizm. Skryty jegomość wydawał się tym rozbawiony, ba, może nawet wniebowzięty, bowiem z cienia, w którym bym skąpany, dochodził pomrukliwy, niedbale stłumiony śmiech.
    - Uchiha Hiroshi? - zapytał. - Tak, ten chłopak to obiecujący członek swego klanu. Wątpie jednak, czy w ogóle jeszcze stąpa po ziemi, bo widzisz... Tam w Hidari dzieje się bardzo źle. Mordują, grabią i gwałcą. Hmmm... A może to nie w Hidari, a w Chuu? Tak, to chyba tam właśnie panuje wojna domowa klanu Nara. Ah ta moja pamięć - westchnął teatralnie - ciągle płata mi figle. W każdym razie Kraj Błyskawic nie jest dobrym miejscem. Szczególnie dla eksperymentów. A szkoda, bo okazów tam nie brakuje... Różnaracy cudacy tam się błaką i giną, żal skalpelem ich nie poszatkować, istne marnotrawstwo. Schwytanie ciebie też nie należało do najłatwiejszych czynności. Musiałem sobie pobrudzić ręce.

Offline

 

#25 2014-02-02 18:58:03

Batsu

Zaginiony

47463267
Zarejestrowany: 2013-05-12
Posty: 263
Klan/Organizacja: Kaguya/Samotnicy
KG/Umiejętność: Shikotsumyaku
Ranga: Członek Klanu
Płeć: Wesoły Kostek
Wiek: 17 lat fabularnych

Re: Osada koczowników

     Nie wierzyłem w to słyszę. Osobnik, który przebywał w tym samym pomieszczeniu traktował mnie na dwa sposoby. Pierwszy, na idiotę. Drugi, na bezradnego człowieka, poddanego wyłącznie sile wyższej. A co jeśli to prawda? Jeżeli nigdy nie wstanę? Nie wykorzystam już chakry? Czułem tylko ból, zażenowanie, a także pulsującą nienawiść. Gdybym tylko mógł, spopieliłbym to miejsce bardzo dokładnie. A człowieka, który mi to wyrządził, po prostu przebiłbym kościami tak, by nigdy nie przetrwał. Niestety, obecnie byłem bez sił. Mogłem tylko wierzyć w moje przetrwanie. I niestety, robiłem to. Chciałem żyć dalej. Pragnąłem mordować, kochać, być nienawidzonym, uciekać. Chciałem to robić dalej...
     Nawet jeśli człowiek miał rację, nawet jeśli nie mogłem korzystać z chakry, to pozostawały mi siły witalne i organizm> Niegdyś wytrenowany. Byłem ponoć perełką wśród młodzieży. Szansą na nowe, lepsze "ja". Niestety, jak się okazało wszystko to przepadło, po tym wypadku. Pełen złości, próbowałem się wydostać (Siła 100). Może przerwę te pasy? Może nie?
     - Wypuść mnie. - powiedziałem cichutko. Z pewnością usłyszał - Zrób to, a wynagrodzę to tobie. Nie wiem czym. Mogę sam zabić wszystkich Jeźdźców Słońca, jeśli zapragniesz. Tylko daj mi żyć...


http://i.imgur.com/6VdCfSw.png

Offline

 

#26 2014-02-03 01:19:17

 Senti

Zaginiony

37585360
Zarejestrowany: 2011-12-11
Posty: 539

Re: Osada koczowników

    - Wybić Jeźdźców Słońca?
    Postać po raz wtóry zarechotała, tym razem jednak z dużo większym entuzjazmem i wiarygodnością niż do tej pory
    - A po cóż miałbyś zabijać Jeźdźców Słońca? Mi ich śmierć nie leży w interesie. Powiem więcej - ich życie jest dla mnie w jakimś stopniu bardziej opłacalne. Ludzie boją się wojny... Bo wojna rodzi cudaków. Niepełnosprawnych, z defektami i nijakich pokrak, których nigdzie się nie chce, a które dla mnie są nie lada gratką. Możliwość podłubania w mózgu takiego, to nie byle rarytas, a świat i tak na tym przecież nie straci. Kto by przejmował się jakimś chłopcem, z ręką utraconą gdzieś w przypadkowym starciu i twarzą tak paskudną od oparzelin, że aż straszną?
    Głos tajemniczego człowieka nagle spoważniał.
    - Otóż ja takim bym się przejął. Zająłbym się, dał dach nad głową i jedzenie. Miałby zapewnioną dalszą egzystencję, a ja w zamian chciałbym mieć dostęp do jego ciała. Możliwości badania i testowania nań bodźców! Dlatego nie masz czego obawiać się Batsu. Będziesz żył dalej, a ja w zamian pokłuje cię od czasu do czasu jedną z moich igieł. Nieprawdaż, że dobra umowa?

Offline

 

#27 2014-02-03 13:59:25

Batsu

Zaginiony

47463267
Zarejestrowany: 2013-05-12
Posty: 263
Klan/Organizacja: Kaguya/Samotnicy
KG/Umiejętność: Shikotsumyaku
Ranga: Członek Klanu
Płeć: Wesoły Kostek
Wiek: 17 lat fabularnych

Re: Osada koczowników

     - To tylko metafora. Dla mnie aktualnie nie ma rzeczy niemożliwych. Moja motywacja jest tak ogromna, że mógłbym zabić nawet wszystkich Lordów Feudalnych. - powiedziałem warkliwie.
     Patrzyłem pogardliwie na postać. Gdybym tylko mógł, z pewnością złapałbym go za jego zamaskowaną twarz, a następnie cisnął nią o podłogę. Chciałem go jak najmocniej zranić, albo i zabić. Takie ścierwo nie powinno żyć. Powstrzymywać ninja, wojowników, tylko dzięki temu, że osłabli, stali się ranni. Chciałem coś zrobić, dlatego ponownie próbowałem zerwać pasy, tym razem z większą siłą (Siła 150). Może i byłem obolały, ale moja ciało wracało do czasów świetności. Może niedługo skorzystam nawet z chakry.
     - Twoje propozycja jest żałosna. Prowadzisz badania na bezbronnych wojownikach, bojąc się ich prawdziwej mocy. Nie wierzę w to, że tylko pobierasz od nas materiał genetyczny. Wystarczyłoby jedno pobranie krwi, a potem mógłbyś nas zabić. Jeśli mówisz o liczbie mnogiej, to chcesz przeprowadzać jakieś chore badania. Wszczepianie zarazków, bodźców, zabijających najtwardszych. A może przeszczepy? Albo badania mózgów? Nie wiem i do jasnej kurwy nie chcę wiedzieć. Wypuść mnie, to zrobię dla ciebie więcej niż możesz przypuszczać. Jednak jeśli tego nie wykonasz... Wolę nie mówić... - powiedziałem.


http://i.imgur.com/6VdCfSw.png

Offline

 

#28 2014-02-18 20:57:23

 Senti

Zaginiony

37585360
Zarejestrowany: 2011-12-11
Posty: 539

Re: Osada koczowników

   Siła z jaką Batsu targnął rękoma nie rozerwała wiążących ich pasów, które poprzestały na samym skrzypnięciu skórzanych włókien, ale oparcia, do których górne kończyny chłopaka były przytwierdzone, pękły z przejęciem, łamiąc się tuż pod przedramionami. Stojącemu w kącie mężczyźnie najwyraźniej nie uszło tu uwadze, bo cień jego osoby drgnął lękliwie, a podeszwy butów pociągnęły z chrzęstem po podłodze, jakby cofając się w obawie przed powstającym Samotnikiem.
   - Cokolwiek zamierzasz, radzę ci się dobrze zastanowić! - zawołał, skryty na nowo w innym, jeszcze bardziej trudnym do wytropienia miejscu. - Wciąż nie potrafisz używać chakry i zapomnij, że to się zmieni, jeśli nie przyjmiesz odpowiedniego serum! Ha! Jaki będzie z ciebie ninja, jeśli do końca życia będziesz mógł jedyne polegać na sile fizycznej? Byle łajza cie położy!
   Batsu nie mógł widzieć mężczyzny, ale to, że tamten uśmiechnął się na koniec zdania było niemal pewne.
   - Dokładnie za dziesięć minut twoje serce stanie, jeśli nie dostaniesz kolejnej porcji Hyurinko. Będziesz wił się na podłodze, dusząc się własną pianą! Powiadam ci, chłopcze, zastanów się dobrze, nim uczynisz coś, co wszystko przekreśli.

Offline

 

#29 2014-03-07 19:56:03

Batsu

Zaginiony

47463267
Zarejestrowany: 2013-05-12
Posty: 263
Klan/Organizacja: Kaguya/Samotnicy
KG/Umiejętność: Shikotsumyaku
Ranga: Członek Klanu
Płeć: Wesoły Kostek
Wiek: 17 lat fabularnych

Re: Osada koczowników

     Patrzyłem pogardliwie na starca. Nie wiedziałem czy kłamie, jednak jeśli nie... Wolałbym nie myśleć. Rysowały się przede mną tylko dwa wybory. Albo poddać się temu idiocie, staremu prykowi, który faktycznie opiekuje się mną od pewnego czasu, albo czekać. Trudno, byłem słaby, a skoro on uważał, że zna serum, potrafiące mnie wyleczyć, pozostawało mi jedno. Czekać.
     - A więc jaką masz propozycję? Słucham! Chcę ją usłyszeć całą. Wylecz mnie, spraw, abym mógł znów korzystać z chakry, jak to sam stwierdziłeś. Wtedy dopiero będę mógł znaczyć cokolwiek jako ninja. No? Słucham! - powiedziałem zdesperowany.
     Zadąsany i zirytowany patrzyłem przed siebie. Nienawidziłem tego człowieka, ale potrzebowałem go. Niech  mnie uleczy, wtedy będę mógł spokojnie zostać ninją. Jeśli nie... Skończę jako marny Taiuser...


http://i.imgur.com/6VdCfSw.png

Offline

 

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
Szamba betonowe Ostrowiec Świętokrzyski dodatkowe źródło noclegi Władysławowo meble